Autor

Publikacja: ; Ostatnia aktualizacja: 2010-12-16, Grzegorz

Autor Trudno jest pisać osobie, której celem jest wyprowadzenie ludzkości z niewoli, bo rzecz ta wydaje się nie tylko niemożliwa, ale rodzi podejrzenie, że osoba ukazująca taki kierunek swoich działań, porywa się z motyką na słońce. I tego obrazu nie zmieni początkowo nawet podpowiedź, że ku temu działaniu jestem szkolony przez Białych Braci w astralnym mieście Oriin, którym zawiaduje Ten, którego znacie z historii jako Jezusa. Mój wizerunek zmienia się dopiero w oczach tych, których prowadzę ścieżką wprost w mury tego miasta, gdzie już sami pobierają dalsze nauki, albo w oczach tych, których wyzwalam z niewoli ograniczeń (chorób, opętań, kodów itd.), korzystając w swych działaniach właśnie z umiejętności nabytych w Oriinie. (Nie sięgnąłem jeszcze kresu mocy, wciąż się doskonalę i uduchowiam, ale pewne moje poczynania świadczą już o tym, iż — jak wytrwam — stanę się jednym z ogniw zmian, jakie wstrząsną tą planetą w 2012 roku).

Trudno jest też pisać słowo odautorskie osobie, której wszelkimi sposobami zamyka się drogę do zaistnienia na rynku edycyjnym, bo rodzi to posądzenie o miałkości podnoszonych przez nią prawd. Jestem w tej chwili na cenzurowanym z tej prostej przyczyny, że mówię o pewnych rzeczach wprost, mając na uwadze nie własny interes, ale dobro pojedynczego człowieka (nie instytucji).

Gdybym przedstawił listy, jakie do mnie napłynęły, w których osoby z rozpaczą opowiadają o tym, czego w rzeczywistości doznały w gabinetach psychoterapeutycznych i na kursach rozwoju duchowego, a nawet jak były tam traktowane, jak wmawiano im odczucia i prefabrykowano emocje, by pozostałym uczestnikom wmówić, jak skuteczne są tamte szkolenia, to pewnie wówczas odpowiadałbym przed sądem za oszczerstwa przez wiele długich lat. A immunitetu, jak pewien pan, niestety nie mam…

Pominę też stosownym milczeniem wszelkiej maści parareligijne stowarzyszenia (w tym i usankcjonowane prawnie kościelne instytucje), bazujące również na New Age, które starały się wciągnąć mnie na listę swoich zauszników, by obraz bojkotu mojej osoby był jeszcze bardziej wyrazisty. Właśnie z tych powodów uciekam przed mówieniem o sobie w kontekście osoby prywatnej, która jak każdy z nas na co dzień boryka się z wieloma trudnymi wyborami, gdyż ukazywanie zmagań z własnymi słabościami wciąż jest wykorzystywane jako woda na młyn ezoterycznych adwersarzy.

Nie chciałbym też w tym miejscu poruszać spraw stricte osobistych, bo dotyczyłyby one osób, które w moim życiu zaistniały, by potem odejść. Mam za to przyjaciół po drugiej stronie życia, z którymi mogę czasami wibrować w stanach kolorowych harmonii. Mam też przewijających się przez moje życie przeróżnych wędrowców, którym pomagam czasem coś zrozumieć. Lecz wszystkie te zakresy bliskości są nazbyt osobiste, nazbyt delikatne, bym miał prawo je w tym miejscu bez ich zgody ujawniać.

Więcej z pewnością odważę się wyznać w “Mojej drodze”, która będzie kolejnym drogowskazem w wędrówce ku nieznanemu…

Co się zaś tyczy mojej wiedzy, moich doświadczeń, to muszę przyznać, iż dla mnie samego są one wielkim brzemieniem. Jestem bowiem typowym przykładem historii o człowieku z dżungli, którego przeniesiono do miasta, ośrodka cywilizacji, któremu pokazano w tym świecie fantazji, jak żyje człowiek przyszłości, nie tłumacząc ani, co i jak z czego wynika. No, może poza nielicznymi wyjątkami. Oglądałem latające ptaki, wehikuły unoszące ludzi bez pomocy zwierząt, domy wyższe niż drzewa, których zasad funkcjonowania ledwie się domyślałem, centra, w których gromadzili się ludzie, by przekazywać sobie wiedzę, która była dla mnie czarną magią, miejsca, w których leczy się człowieka za pomocą czarów i dziwnych substancji, oraz wiele, wiele innych cudów, które przekraczały moje pojmowanie. Byłem jednym z tych, którzy po powrocie w ten wymiar starali się potem przedstawić i wyjaśnić oglądane zjawiska za pomocą znanych sobie słów i wyobrażeń. Zagłębiałem się więc siłą rzeczy w wiele działów nauki, by pojąć to, czego byłem świadkiem, a mimo to wciąż daleki jestem od przekonania, że potrafię to wszystko właściwie.

Najwięcej trudności sprawiło mi wychodzenie z cienia, kiedy powracałem z wędrówek po obszarach, po których poruszałem się, nie wykorzystując umysłu. Są to te poziomy świadomości, w których na stałe przebywa duch ludzki, w którym jest zakotwiczone nasze prawdziwe duchowe serce.

Z pewnością wielu wie, że obszar materialny jest światem doznawania fizyczności, relacji wynikających z interakcji między energiami, w których poznaje się zasadę funkcjonowania łańcuszka przyczyn i skutków (zawodowcy wiedzą, że w rzeczywistości to nieco inaczej wygląda, ale jest to niemal nie do uchwycenia przy użyciu setek słów). Jest to także świat przeżyć emocjonalnych, w którym człowiek wypala swoje chcenie, poznając smak woli wszystkich. Kolejny poziom (świat astralny) pomaga zamknąć ową wiedzę w pamięci doświadczenia i wypalić resztki niskich wibracji, jakie torturują ludzi w tym wymiarze. Człowiek czuje się wolny dopiero wówczas, gdy jego dusza może raz na zawsze wyzwolić się spod wpływu emocji. Potem następuje kolejny stopień doskonalenia się ludzkiego ducha, gdy dusza zaczyna wibrować w świecie mentalnym, gdzie sięga granic dostępnych tamtemu światu wiedzy. Gdy rozumie już wszystko, co można pojąć mocami intelektu, umysł zostaje odrzucony. Człowiek nie potrzebuje już wtedy myślenia, bo już zawsze wszystko wie.

Proszę sobie teraz wyobrazić przebywanie w światach, w których bytuje ludzki duch bez wadliwego balastu emocji i zawodnego umysłu, doświadczając i nie doświadczając tamtej egzystencji za pomocą zmysłów, które już są innymi zmysłami. Wracając z takich podróży, chcąc nie chcąc starałem się opisać własne przeżycia-nieprzeżycia właśnie za pomocą fizycznych zmysłów, umysłu i sprzęgniętego z nim obszaru emocji, które przecież wyznaczają nasze percepcyjne granice istnienia. I choć wiem, iż dotykałem prawdy, niewiadomego, to gdyby ktoś podsumował moje opowieści, dochodząc do odmiennych ode mnie wniosków, to musiałbym przyznać, iż w jego ocenach, w jego widzeniu świata mógłby on być bliższy prawdy, niż ja.

Jednak o tych planach zaświatów w swoich książkach nie wspominam z tej prostej przyczyny, że stałbym się niewiarygodny, zatracając sens tego, co mi ukazano w niższych światach, a co jest bezpośrednio sprzęgnięte z ludzką ewolucją. Jednak i te światy mają wiele tajemnic, do których nawet nie siliłem się zbliżyć, których w ogóle nie pojmuję. Byłem bowiem bezpośrednim obserwatorem takich zjawisk, iż samo wspominanie o nich podkopałoby wiarę w sens naszego tu spotkania. A zaprawdę powiadam wam, że nic nie wygląda tak, jak nas uczą tego od dziecka. Wszystko, w co wierzymy, ma swoje wielowymiarowe odsłony, a potwierdzenie zasadności czegoś w jednym wymiarze często spotyka swoje własne zaprzeczenie w drugim.

Ale uwaga: światy ukazywano mi z pozycji obserwatora niejako ku mojemu pełniejszemu odczuwaniu i pojmowaniu własnej egzystencji. Niczego mi tu nie tłumaczono, bo nie było takiej potrzeby. Dano mi tylko do zrozumienia, że takie sfery istnieją i że mają one wpływ na rozwój człowieka w jego przyszłych doskonalszych formach. Za to dokładnie zapoznano mnie z tym wszystkim, co wiąże się ze wzrostem duchowym człowieka na poziomie materii i świata astralnego. I taki był cel moich wędrówek po zaświatach. Reszta była miłym dodatkiem, prezentem.

Miałem stać się aktywnym pośrednikiem w przekazywaniu wiedzy, której wielu już szuka. Miałem objawić każdemu potrzebującemu, dlaczego człowiek jest taki a nie inny, dlaczego istnieje w bólu, cierpieniu i niewiedzy, jakie są drogi wyjścia z tego stanu bólu, cierpienia i niewiedzy i jak wygląda jego pierwszy etap doskonalenia się. Miałem objawić prosty sposób odzyskiwania kontroli nad ciałem i umysłem, kontaktu z własnym Opiekunem i metodę poznawania zachodzących między ludźmi reakcji na poziomie emocji, umysłu i ducha, a także sposób wnikania w przyszłość i jej modyfikację pod kątem dobra nas wszystkich. Miałem ukazać to, co jest dane człowiekowi z urodzenia, do czego odmawiają mu prawa Panowie Tego Świata, zamykający nas w oprogramowaniu Lewego Prawa. Miałem także ukazać jedyną właściwą metodę rozszerzania świadomości, która wieńczyła poprzednie egzystencjalne doświadczenia. Po temu też została stworzona ta strona.

A nie jest to łatwe zadanie, gdyż wymaga od szukającego prawdy pewnego wysiłku. Tu nie zajdzie jakakolwiek przemiana bez pracy nad sobą, bez wysiłku włożonego w pojęcie mechanizmu sterującego naszym zachowaniem i naszym widzeniem świata. Człowiek jest bowiem tak skonstruowany, by w swoim wygodnictwie, niemalże organicznym lenistwie nie wybiegać ponad obowiązujące prawo. Bo wtedy, w myśl tego wpojonego mu prawa, staje się kimś innym, kimś wyrodnym, odszczepieńcem, który musi odejść. Ten strach powoduje wiele zamieszania. Wielu boi się opowiedzieć za prawdą, za samym sobą, aby tylko nie stracić iluzji zewnętrznej łączności z resztą społeczności. Wielu stawia zewnętrze ponad wnętrze, nie dopuszczając do siebie myśli o tym, że droga do wyzwolenia się spod emocji i niepożądanych myśli biegnie nie zewnętrzem, ale wnętrzem, jak tego uczył Jezus. Wygodniej jest przeczyć takim słowom i gnuśnieć w lenistwie i Lewym Prawie, niż podjąć wysiłek poznawania prawdy.

Wiem, jakie to jest wstrząsające odkryć, że ani Kościół, ani rozdymana ezoteryka, ani wszelkie odmiany moralnego prawa, wyznaczającego nam sposób myślenia i działania, nie służą tak naprawdę naszemu rozwojowi, że go częstokroć brutalnie hamują, jednak po jakimś czasie poprzez własne doświadczenie sami w końcu dochodzimy do podobnych wniosków. Wtedy zaczyna się na dobre ruch energii ku środkowi i to, co było, przestaje się już wiązać z czasem, bo przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewa się w poznaniu.

Dokładnie opisałem ten mechanizm sterowania naszym postrzeganiem świata w “Duchach. Kosmicznym niewolnictwie człowieka”, pozycji, nad którą z przerwami pracowałem osiem lat.

Jednak osiągnąłem w końcu swój cel i ci, którzy sięgnęli po moje książki, dzielą go razem ze mną. Nie muszą już gdziekolwiek indziej szukać prawdy o tym świecie, bo ta prawda jest w nich samych. Ja tylko odsłoniłem część własnego doświadczenia i podałem proste techniki komunikowania się z własnym duchem i Opiekunem, reszta dokonuje się sama już bez mojego i innych udziału. I nie potrzebne tu jest kosztowne uczestnictwo w kursach rozwoju duchowego, które często kaleczą umysł i druzgocą nasze nadzieje na ujrzenie świtu, czczenie idoli na kamiennych posadzkach, naigrawających się z ludzkiej słabości świątyń i czytanie ksiąg przekazujących treści urągające ludzkiej godności. Tu potrzebna jest komunikacja z samym sobą. Kiedy w domowym zaciszu opuścimy na chwilę gwar codzienności, kiedy przestaniemy wszystko opisywać mocami zawodnego intelektu, wtedy do głosu dochodzi nasze serce, a w nim jak w lustrze znajdują swoje odbicie tylko te słowa, które pochodzą od Boga. Bowiem tylko On (a w Nim nasz duch) jest prawdziwy i tylko jego wiedza jest na zawsze zapisana w każdym człowieku. To, co jest obce, nie znajdzie tu potwierdzenia. Dlatego “wyciszony” człowiek sam z siebie wie, czy to, co słyszy, jest prawdą, czy kolejną ułudą niewolącą go w tym wymiarze.