Modlitwa
Jak każda sekcja w dziale wiedzy i ta część poświęcona modlitwie będzie dokładnie zrozumiana jedynie przez warsztatowiczów lub osoby rzeczywiście biegłe w temacie. Nie będzie tu ani wprowadzenia w tematykę, ani omawiania miasta Oriin, Miasta Śmierci oraz Miasta Nadziei i Radości. Milczeniem pominę nawet Świątynię Serca i Złotą Kolumnę. Tu umieszczane będą nagrania z modlitw, jakie na warsztatach zostaną przygotowane i nieco technicznie “obrobione” przez ich uczestników, tak aby można je było w miarę poprawnie odsłuchać i przegrać. To da pełniejsze zrozumienie całości i — co ważne — pozwoli na odwzorowanie działań energetycznych na dość przyzwoitym poziomie. Jednak pełny odbiór zdarzeń jest możliwy tylko w przypadku osób, które są zapisane w mieście Oriin i w chwili odsłuchiwania modlitwy nie mają z powodu słabości ducha ograniczonej lub odebranej mocy.
Proszę też, byście przesyłali tu opisy doświadczeń, jakie stały się waszym udziałem, by reszta naszej społeczności pojęła, jaka jest różnica między klepaniem paciorków na kolanach, a rzeczywistym kontaktem z naszymi przyjaciółmi z zaświatów. Wielu da to sposobność do stosownych porównań, do potwierdzenia trafności własnych przeczuć, czy wreszcie umożliwi autentyczne wejście w obszary ich własnego ducha. Bo każdy człowiek, o ile pozostaje w strumieniu energii jedynej, poprzez nić strumienia może uaktywnić kanał łączący go z jego własnym Opiekunem. A to jest zawsze początek drogi w “cudowne i zabezpieczone” poznanie. A jak ono się zacznie, co niektórzy dość szybko powstaną z kolan, rozumiejąc, iż dotychczas klękali nie przed tymi, co trzeba.
Bóg nosi was na rękach!
Ja w tym miejscu chciałbym jedynie przypomnieć o obowiązku stałego tworzenia trzonu duchowego, dzięki czemu każdy z was spłaci kredyt własnemu duchowi i integrując się z nim będzie już zawsze potrafił utrzymać swoją moc energetyczną i duchową, co pozwala na wypełnienie jedynego obowiązku, z jakim dusza zeszła w te wymiary” obowiązku bycia szczęśliwym, kochanym i kochającym oraz korzystającym ze wszystkich dóbr (przy otwartym sercu).
By parametr energetyczny i duchowy na stałe wpisał się w naszą energetykę, wystarczy pokochać siebie, wybaczyć sobie, pokochać innych, wybaczyć innym, współodczuwać, współtworzyć i wejść w miłosierdzie. Jak tego dokonać, omawiam na warsztatach. Niestety, wiele osób pomija tę najważniejszą kwestię ich wzrostu, ograniczając się jedynie do “zabawy” artefaktami, do działań energetycznych i do ciągłego rozpowiadania o swojej wyjątkowości.
Czy ktoś z was słyszał kiedyś, by milioner w kółko rozpowiadał o własnym bogactwie? O tym trąbi tylko ten, kto go nie ma.
Tymczasem czas kołem się toczy, a poniechany obowiązek spłacania kredytu doprowadza do coraz większego rozdźwięku między mocą ducha, a mocą świadomości. Konflikt między PRAWEM a ludzką moralnością się nasila i w końcu trzon duchowy rozpada się nawet w przerobionej już części. (Przypadek naszej znajomej z Warszawy). Schwycony w pułapkę ludzkiego prawa moralnego człowiek zaczyna wykorzystywać swoją moc niewłaściwie i w końcu klęcząc w kościelnej ławie znów zaczyna wierzyć, że jego słabości wybaczy mu ten, przed którym klęczy, kapłan, co na jego słabości robi doskonały interes.
Na konsultacjach spotykam się jednak także z osobami, które autentycznie chcą pozostać w modlitwie, tylko zapomniały, jak rozpamiętywanie wczorajszego dnia ma wyglądać. Specjalnie dla nich wyciąłem fragment z najnowszej książki, by oczekując na nią, mogli już bez popełniania błędów coraz wyraźniej postrzegać mury miasta Oriin.
Proszę też osoby, które pracują nad dźwiękowymi plikami modlitw, by je jak najszybciej udostępniły. Nasz admin, Szymon, z niecierpliwością czeka na podpięcie ich pod stronkę. Dufam również, że Przemek warszawski też kiedyś wypełni swoją obietnicę i ta ciągła bieganina na warsztatach z kamerą i mikrofonami prócz zakłócania ciszy w końcu przyniesie wam jakiś pożytek. Obiecał splikować modlitwy, ale jakoś skutecznie o tym zapomina. Na szczęście Szymon i Przemek “gnieźnieński” swoją robotę wykonali i wkrótce się z nią zapoznacie.
Proszę tylko nie oczekiwać, iż nasze amatorskie nagrania będą cudem techniki. One powstawały w czasie aktywnym i mało mają wspólnego z jakością CD.
Strona praktyczna Modlitwy…
“Rozpamiętywanie wczorajszego dnia” ma dwa ukryte znaczenia. Po pierwsze oznacza, iż jesteśmy konsekwentni w swoim poszukiwaniu mocy i wczoraj także układaliśmy się z Bogiem w modlitwie. Po drugie oznacza, iż z elementów swojej przeszłości wydobywamy wszystkie potrzebne nam do rozumienia składniki. Nie musimy bowiem po raz kolejny przeżywać bólu, by pojąć, że jest on niewłaściwy. Nie muszę każdego ranka chodzić do Kowalskiego i kopać go w nogę, by potem wieczorem doświadczać tego samego w odwrotną stronę. Te przeżycia już są w nas zapisane, nie musimy ich w kółko Macieju ustawicznie powtarzać, by zrozumieć, że wzajemna wymiana “pozdrowień” nie ma najmniejszego sensu, że przynosi tylko ból i sąsiedzką niechęć.
Rozpamiętywanie wczorajszego dnia jest wysunięciem nadawczej anteny. Jest także tym, co najważniejsze: epicentrum naszej przemiany, kredytem, którego spłacenie umożliwia uzyskanie w miarę wysokiego poziomu mocy duchowej. Osoby, u których kasowałem węzły karmiczne, lustereczka i inne hamulce, dziwią się często, że ich moc z czasem słabnie, że ilość nici maleje, że wypadają ze strumienia i tracą kontakt z Opiekunami. A przecież do znudzenia powtarzam, że podkręcenie działa czasowo, że to kredyt zaufania, który spłacają sami sobie. Jeśli są wytrwali, jeśli wskakują w modlitwę, Opiekun utrzyma ich poziom bez względu na czas, jaki zajmie im przemiana. I nawet gdyby jeden malutki krok w tym kierunku zajął im całe życie, i tak będą korzystać z jego pomocy. Tym zaś, co nie zamierzają nad sobą pracować, co lenistwem usprawiedliwiają uwagi na energię przeciwną, tym będzie odebrana podkręcona moc. Proszę jednak pamiętać, że wykasowane przeze mnie węzły nie zostaną odtworzone, i jeśli takie spóźnione osoby podejmą w końcu trud walki o siebie, już same, bez mojego udziału, stosownie do włożonego wysiłku osiągną w końcu odpowiedni poziom duchowy w energii jedynej, moc i uzależnioną od czystości umysłu ilość nici.
Ów kredyt to nic innego, jak udoskonalenie się człowieka, jak przeżycie wewnętrznej przygody z samym sobą, jak uruchomienie w sobie wibracji, które na stałe zmienią jego energetyczną duchowość. To jakby jeden strumień mocy, który stale wzrasta, który uparcie dąży do zapanowania nad ludzkimi słabościami, pokonując uparcie negatywne emocje i myśli. Gdy to się stanie, gdy jego moc zapanuje nad ułomną ludzką naturą, tryumfujący duch na stałe wzleci poprzez miłosierdzie w obszary dane uświęconym. Wówczas nic, żadna siła nie będzie już w stanie złamać takiego człowieka. Nawet gdy trafią się życiowe zawirowania, to będą one krótkie i wykorzystane do wzmacniania siły woli.
Kredyt ma sześć stopni. Są to w kolejności: pokochanie siebie, wybaczenie sobie, pokochanie innych, wybaczenie innym, współodczuwanie i współtworzenie oraz — dla rycerzy światła — miłosierdzie. W modlitwie przerabia się zawsze tę wartość, która od dołu licząc nie została zaliczona. Jeśli więc ktoś ma uruchomione “pokochanie siebie”, a zaniedbane “wybaczenie sobie”, to tylko na wybaczeniu sobie skupia całą medytacyjną uwagę. I dopóki nie skasuje tu obciążających duszę niskich wibracji, nie przechodzi do etapu następnego.
Na rozpamiętywanie wczorajszego dnia wystarczy poświęcić kilka minut, by duchowa antena nadawcza została wysunięta i uwaga naszego Opiekun skupiła się na naszej osobie. Proszę jednak nie zapominać, że “odmawianie” modlitwy jest wyłącznie etapem pośrednim do “bycia” w modlitwie. Naszym bowiem obowiązkiem jest uzyskanie stanu wewnętrznej modlitwy, kiedy to już myślimy, mówimy i czynimy tak, jak myśli, mówi i czyni uświęcony. Tu czysty umysł zostaje sprowadzony do serca i nic nie może tej harmonii zburzyć.
A teraz opowiem wam, jak pokonywałem owe progi, jakimi sposobami udało mi się w końcu sięgnąć po ludzką doskonałość. Możecie moje słowa wykorzystać w waszej pracy, bo poruszają sprawy wszystkim nam bardzo bliskie, bo ocierają się o zdarzenia i emocje, których doświadcza każdy człowiek. Ale daleki jestem od wskazywania wam dróg, bo jestem tylko i wyłącznie mistrzem własnego życia, niemniej miło mi będzie, gdy uważny czytelnik wykorzysta i moje doświadczenia w walce o własną moc.
Uruchomienie energii od pokochania siebie po współtworzenie lub miłosierdzie oznacza też wejście w stan całkowitej harmonii. Człowiek staje się wówczas nie tylko duchowo, ale i energetycznie mocny. Wówczas nic nie jest w stanie wyrwać go ze stanu miłości, która jest niczym innym, jak tylko wysoką wibracją. Wibracja ta stopniowo wzrasta, a oktawy tych drgań można określić semantycznie: od pokochania się po jedność ze wszystkim.
1. Pokochanie siebie
Hymm… Gapiłem się w lustro parę godzin, nim zrozumiałem, że tego półłysego faceta z bródką nie będę w stanie pokochać. Fizyczne dzieło natury było ze wszech miar nieudane. Nasi biologiczni stwórcy nie spisali się tym razem. Ciekawe, czy pobrany od talarońskiej rasy genotyp był cały, w co szczerze wątpiłem, czy też poddano go perfidnym przeróbkom, by jego spadkobierca złapał się za głowę na swój własny widok w lustrze. Winę za nieudany obraz samego siebie z całą powagą zwaliłem na UFO i usprawiedliwiając przy okazji osobiste zaniedbania na polu rekreacji i higieny (samotny mężczyzna), pozdejmowałem lustra ze ścian i zaniosłem je na strychu. Coś mi w środku mówiło, że to nie do końca słuszne działanie, ale takie dywagacje wolałem odłożyć na później.
Kiedy po tygodniowych modlitwach moje pokochanie siebie na skali procentowej stało wciąż w miejscu, wskazując równo dziesięć procent, pojąłem, że w moich wysiłkach tkwił gdzieś zasadniczy błąd. Szczegółowa analiza zwróciła moją uwagę na informacyjne rozstrzelenie tematu. Miast zajmować się sednem sprawy, a więc dosłownie pokochaniem siebie, bezproduktywnie traciłem czas na wiele mało istotnych w tej chwili kwestii. A to rozważałem swoje winy na tle własnej przeszłości, a to starałem się duchowo zbliżyć do drugiego człowieka, a to podejmowałem jakieś religijne dysputy z samym Sabą. Słowem, brnąłem w ślepy zaułek.
Z nieukrywanym wstydem poprosiłem Opiekuna o pomoc, o naprowadzenie na właściwą ścieżkę. I runęła prawdziwa lawina wspomnień. Co dziwne, mało które odnosiły się do moich przeżyć jako człowieka materialnego, niemal wszystkie oscylowały wokół astralnych podróży, wokół misji, wokół przekazów z góry i wokół technik, dzięki którym posiadałem coraz większe umiejętności wpływania na działania “tamtej strony”. Przestałem niemal zwracać uwagę na detale z życia, na swój fizyczny konstrukt i swoje typowo ludzkie doświadczenia.
Aż pewnego dnia zostałem przeniesiony w czas tuż przed moimi narodzinami. Znajdowałem się w kosmosie i wraz z przyjaciółmi szybowałem w dół, wprost w zakrytą chmurami planetę.
Każdy z was jest zapewne przyzwyczajony do jej barwnego wizerunku, do tych modrych barw, które sycą oko człowieka wiszącego na orbicie. Od strony energetycznej wygląda to zupełnie inaczej. Błękitna Planeta jest skryta pod nieprzeniknioną warstwą gęstych szarych chmur i budzi raczej niemiłe skojarzenia. Przypomina dopalające się zgliszcza, które trudno dojrzeć pod kłębami gęstego dymu. I właśnie w tę otchłań niosło mnie przeznaczenie wraz z setkami podobnych mi istot. Nurkowaliśmy w ten mrok, ginąc sobie z oczu, czując resztkami świadomości lęk, jaki ogarniał nasze serca na myśl o tym, jak wielu z tego desantu zginie, że odnajdą się tylko nieliczni, a ci których zetknie z sobą łaskawy los, i tak będą kroczyć obok siebie ani nie zdając sobie sprawy z tego, po co przyszli na ten świat, jakie powierzono im zadanie.
Wiedząc, że nie będzie łatwo, starałem się zapamiętać każdy szczegół ich postaci, dzięki któremu łatwiej byłoby mi namierzyć ich po zejściu na Ziemię. Powiedziano mi, że stracimy pamięć o sobie, że pojawi się ona dopiero po “obudzeniu”, ale ja jakby na przekór własnej logice uczepiłem się właśnie duchowych atrybutów.
I wtedy mnie uderzyło. Przyszło olśnienie. Pojąłem w czym rzecz.
Patrząc na skrzydła znikających postaci, z których schodzący wyglądali jak czarni aniołowie, a powróceni jak biali święci, odkryłem rzecz najważniejszą: swoje własne pochodzenie. Klucz do przerobienia pierwszej lekcji w szkole przemiany.
Kim tak naprawdę jesteśmy? Wielu powie zbitkiem białek, inni dorzucą coś o atomowej breji, ale i tak każdy z nas wie, że nie o to chodzi, że najważniejsza jest w tym wszystkim dusza, nasza prawdziwa istota, która zespala atomową całość, albo raczej przez ową zawiesinę wyraża się w materii. A kto tę istotę powołał do życia? Metrykalni rodzice co najwyżej uczestniczą w procesie biologicznego zrodzenia, który zaplanowały Siły Wyższe. Naszym prawdziwym rodzicem jest stwórca, którego nazywamy Tatą… Jesteśmy doskonałością wyrosłą z Jego Własnej Istoty… Jesteśmy cudem stworzenia, któremu odmawia się prawa do jego własnej doskonałości (!) Jesteśmy aniołami, które na czas żywota po prostu zapomniały o swoim boskim pochodzeniu.
Czy nas stwarzając, Lenarii mógł popełnić błąd? Pytanie retoryczne, choć gdy myślę o Kowalskim, krnąbrnym sąsiedzie, który mi spalił stodołę, to podejrzewam, że w tym jednym przypadku Tata się zagapił. Ale generalnie wiedział co robi! Każdy z nas jest swoistą duchową doskonałością, którą dopiero w Alkatraz niszczy więzienne prawo. Każdy z nas rodzi się czysty, nieskalany grzechem, czemu zresztą zaprzecza kościół, robiąc na tym doskonały interes.
Kiedy zalały mnie takie rozgorączkowane myśli, kiedy emocje sięgnęły zenitu i odczułem ruch duszy w swoim wnętrzu, z białego obłoku wyłonił się mój Opiekun. Spokojnym wyważonym krokiem szedł wprost na mnie, za nic mając wrażenie, jakie zrobił na mnie widok jego gołębich skrzydeł. Szanował mój ateizm, sam go zresztą umiejętnie od lat podsycał, więc domyśliłem się, iż tym ilustracyjnym nawiązaniem do niebiańskiej baśni chce mnie zmusić do konkretnych przemyśleń, a nie do wyskoczenia z modlitwy.
Stanął na wprost mnie i utkwił we mnie pytające spojrzenie. A ja miast dociekać rodzaju pytania, patrzyłem tylko, jak wolno raz po raz unosi się w górę, to znów opada. I tak bez przerwy. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że jego postać na tle białych obłoków wisi nieruchomo. A skoro to nie on się poruszał, to kto?
Gdy odwracałem głowę w stronę własnego ramienia, doskonale wiedziałem, co ujrzę, ale w tej konkretnej chwili było to tak oszałamiające, tak przejmujące doświadczenie, iż musiałem to niemal namacalnie potwierdzić. Zobaczywszy swoje własne roziskrzone kulami świateł skrzydła, zapadłem się w otchłań własnej duszy i po raz pierwszy poczułem prawdziwy aromat swojego pochodzenia. Był to najcudowniejszy moment w moim życiu. Zaistniałem jednocześnie w wielu wymiarach i spaliłem w sobie wszelkie wątpliwości odnośnie swojej własnej natury. Już nie tylko Tata mnie kochał, ale i ja sam siebie. Przecież nie mogłem Go zawieść w tak prostej sprawie.
Po wyjściu z modlitwy odkryłem kolejną niesamowitą rzecz: poduszka, na której spoczywała moja głowa, była cała mokra, choć z oblicza starłem ledwie kilka kropel łez. Nie wilgotna, ale na wskroś przemoczona, jakby kto wylał na nią z dwa litry wody. Potem dowiedziałem się, że tak wygląda płacz duszy, która odnajduje samą siebie.
Na koniec dodam tylko, że kolorystykę skrzydeł starałem się wiernie oddać na okładce “Rozszerzania świadomości. Siła modlitwy”.
I tym to prostym sposobem, drogą przez duchowość, przez własne wnętrze, pokochałem samego siebie. Wkrótce potem na powrót pozawieszałem lustra i by dać zadośćuczynienie prawdzie, wziąłem się za gimnastykę. Nie mogłem przecież dłużej zaniedbywać tego, co pośrednio także należało do Ojca. Wstyd był większy niż rozrywane zakwasami mięśnie.
2. Wybaczenie sobie
Najpierw poszedłem na łatwiznę: stanąłem przed lustrem, machnąłem w powietrzu ręką, jakbym odprawiał czary, i spokojnym, lecz stanowczym głosem rzekłem bacznie się sobie przyglądając: wybaczam. Potem pognałem do skal o odnotowałem autentyczny wzrost na skali: z 3 do 4 procent. Mało. Nie ta droga.
Przez kilka dni odpuszczałem temat, udając przed samym sobą, że może istnieć jakiś skrót, który oszczędzi mi wstydliwej drogi przyznania się do rozlicznych występków.
Skrót nie istniał.
Z każdą kolejną modlitwą byłem bardziej szczery wobec podsłuchującego mnie Opiekuna i raz po raz przyznawałem się do coraz większej liczby przestępstw. A to gdzieś ukradzione znaczki, a to ręka podniesiona na bliźniego, a to zazdrosne i nienawistne myśli, a błędy, które komuś zmieniły życie. No, wywlekałem tego coraz więcej. Doszło do tego, że ze wstydu przestałem rozmawiać sam z sobą. Unikałem siebie, jak tylko się dało.
I owszem, przerabiany temat na skali procentowej podskoczył do 20%. I tu mnie zatkało, bo oczekiwałem co najmniej 80. Zacząłem podejrzewać, że zabrakło szczerości, aktywnej pracy nad wydobyciem z pamięci wszystkiego tego, co się tam zakopało. Zacząłem zadanie od nowa. Pragmatycznie. Zawzięcie. Nawet przesadnie, byle udowodnić Górze, że się staram, że nie odpuszczę, nim swego nie dopnę.
Na wszelki wypadek nie rozstawałem się ze skalą pragnienia, by przez zupełny brak szacunku dla własnego rozsądku nie zakopać się w niszczących energiach dysharmonii. Znałem wielu takich, których ciemne siły złapały na lep nadgorliwości i tzw. uduchowienia, którzy bez przerwy latali do skal, byle tylko sprawdzić, czy od ostatniej godziny nie wzrośli o jaki poziom. Tak jakby ze skal chcieli wycisnąć zafałszowany obraz siebie samych i delektując się swoją wyższością odrzucić potrzebę prawdziwej przemiany. Miast skupiać się na życiu, zwodzeni, brnęli w tę samą iluzję, jakie na co dzień gwarantowały im kościelne intrygi.
Ale było nawet-nawet.
Rozpostarłem na blacie 16-kartkowy zeszyt i zacząłem litanię. W miarę wydłużającej się listy przestępstw coraz wyraźniej widziałem przed oczyma duchowe paragrafy i chwilami traciłem wiarę we własne pochodzenie. Ale nie odpuszczałem.
Po dwóch dniach zeznań wynik podskoczył. Było 30 procent. I to mnie dobiło. Zrozumiałem, że gdzieś tkwił techniczny błąd, że ominąłem cos istotnego, coś, co machinę wybaczenia miało ruszyć z posad. Nie łapałem jednak do końca, co było owym zardzewiałym elementem. Może brak odwagi? Brak szczerości? A przez to unikanie drażliwej kwestii ludzkiej ułomności?
Wkurzony wparzyłem do papierniczego i bez cienia wątpliwości niemal krzyknąłem: zeszyt 80-kartkowy poproszę! A4!
Zdeterminowany wróciłem do siebie i zacząłem pracę od podstaw. Pisałem całymi dniami, zawzięty, płaczący, wojujący, na wszelki wypadek dopisujący wiele przewin, bo a nóż coś przeoczyłem, coś cennego, co nie pozwoliłoby mi zrozumieć całości. Ale ten naddatek nie poprawiał mi nastroju. Byłem wewnętrznie dziwnie przegrany, jakbym szukał jakiejś konkretnej wskazówki, podświadomie wiedząc, że tu jej nie znajdę.
Po sześciu dniach harówy, po wypoceniu tysięcy słów prawdy o sobie wziąłem zeszyt pod pachę i poszedłem na górę zasiąść w modlitewnym fotelu. Ani nie zacząłem inwokacyjnego “Ojcze Nasz”, gdy ukazał się Opiekun i stanąwszy nad moją załzawioną księgą życia, wskazał palcem kierunek: przez ściany i sufit kuchnię, gdzie leżały skale astralne.
Polazłem na odczyt pełen wątpliwości. Z zachowania Opiekuna nie wynikało, że wszystko poszło jak należy. Gdzieś tu był pogrzebany pies…
I faktycznie. Zbaraniały patrzyłem na wahadełko: dokładnie 30%. Taki sam wynik, jak przy 16-kartkowym przyznaniu się do grzechów. Tego nie łapałem. Popatrzałem bezradnie na anioła, który w wyczekiwaniu na mnie pozierał i wyszeptałem błagalne i szczere jak wszyscy anieli: proszę…
Uśmiechnął się i wskazał palcem odwrotny do poprzedniego kierunek.
Już na schodach zaczęło mi się kręcić w głowie. Nim siadłem w fotelu, rzeczywistość zaczęła się zmieniać. Potem walnęło światło i trafiłem wprost do własnej przeszłości. Znalazłem się w przedszkolu. Scena jak z historycznego filmu. Albo raczej jak ze slapstykowej komedii.
Ja, stary koń, zarośnięty, no z trzydniowym zarostem, stoję w rajtuzkach przed przedszkolanką i w poczuciu winy, ze spuszczoną głową chłonę każde kierowane do mnie słowo tak, jakbym własną postawą chciał wszystkim naokoło udowodnić, że staną się one moim katechizmem na całe późniejsze życie.
Pani wychowawczyni nieco podniesionym głosem tłumaczyła mi, że nie powinienem rzucać przedmiotami w okno, bo szyba mogła nie tylko pęknąć, ale się rozbić i poranić inne dzieci. Wchodząc w temat, jakby wiedziona przeczuciem, że na stare lata owe słowa pozwolą mi wejść w klimat własnej przemiany, peregrynowała o szklarzu, który teraz musi cały dzień wymieniać szybę, o kicie, którego wciąż niedostatek, o minie matki, która wykrzywi jej twarz, gdy się dowie, że cała jej dniówka pójdzie na zakup nowej szyby, i o odpowiedzialności za własne czyny. Ale, co istotne, przedszkolanka nie ogniskowała uwagi na wyrażaniu złości i dopiekaniu mi, lecz ujmowała wydarzenie w ramach nauki. Starała się wykorzystać je do zaszczepienia mi wiedzy o wyciąganiu właściwych wniosków z wszelkich życiowych działań. Odnosiło się to zwłaszcza do tych przypadków, które są niepożądane, które będą wymagać naprawy. I nie krzyczała. Tłumaczyła jak dziecku. Nie zauważała zarostu. Za naturalną kolej rzeczy przyjmowała popełnianie błędów. Wskazywała tylko ich konsekwencje i szkodliwość dalszego ich popełniania.
I załapałem! Na miłość boska załapałem!
Cały czas skupiałem uwagę na przyznawaniu się do winy. Wyciągałem na światło dzienne tysiące drobiazgów, tysiące uchybień, a nie dostrzegałem tego, co najważniejsze: nauki, jaka płynęła z ich popełniania.
Nauki?
I owszem. Samo przyznanie się do win nic nie daje. To tylko rejestr własnej niedoskonałości, wskazówka, co powinno się w sobie zmienić. To zaledwie wstęp do wybaczenia. Mający znaczenie, bo oznacza, iż nie unikamy odpowiedzialności, że się staramy zmienić. Ale dopiero przyrzeczenie, że się więcej takich błędów nie będzie popełniać, daje całkowite rozgrzeszenie. By wejść w rozgrzeszenie, trzeba pojąć, iż tak naprawdę każdy z nas znajduje się w duchowym żłobku, że daleko nam do doskonałości aniołów, że mamy prawo do błędnych działań, do występków, do małej anarchii.
Czy przedszkolanka uśmierciła mnie za pękniętą szybę? Czy to stało się moim piętnem na całe życie? Czy Bóg będzie się boczyć na swoje niedorosłe dzieci za to, że były występne, że przechodziły okres moralnych wątpliwości? Nie, nie będzie, bo nas miłuje. Co nie zwalnia nas z obowiązku naprawiania szkód i uruchamiania takich zachowań, by owych szkód popełniać jak najmniej. Niemniej kwestia wybaczenia sobie istnieje od samego momentu uświadomienia sobie chęci poprawy. I nawet gdyby to przychodziło z oporami, gdybyśmy wciąż stali pod budką z piwem i myśleli o poszczeniu Nowaka z dymem, to już sama walka z własną ułomnością i własnymi niedoskonałymi myślami jest przypodobaniem się Ojcu. Wystarczy, by z każdym dniem coraz bardziej zbliżać się do Niego, a więc do ludzi, poprzez których doświadcza On życia.
Tak więc do wybaczenia sobie doszedłem drogą rozumową. Uruchomiłem je, przyrzekając samemu sobie, a więc i Bogu we mnie się przejawiającemu, że ze wszystkich sił będę się od tej pory starać, by zapisy w rejestrze win (wspomniane A4) więcej się nie powtarzały. A że kiedyś owe zapisy powstały, że czasem — bo człowiek dopiero się uczy panować nad emocjami i myślami — znów zrobi się coś nie tak, nie ma to znaczenia, bowiem Tata doskonale wie, iż w ten sposób Jego ukochane dzieci uczą się samych siebie. (Przecież lekcję pokochania siebie już przerobiliśmy).
I nie dajcie się nabrać na kościelne rozgrzeszenie, bo żaden człowiek nie ma prawa odpuszczać win w imieniu drugiego człowieka. Tego prawa roztropnie pozbawił siebie nawet nasz stwórca. Tak samo jak sami oceniamy siebie po śmierci, tak samo sami odpuszczamy sobie winy. I proszę nie być czasem dla siebie zbyt rygorystycznym w wybaczeniowych ocenach, bo tego w żadnych wypadku nie czyni nawet nasz miłosierny Tata, tym bardziej sami nie wikłajmy się w duchowe, programowo nas zamykające ograniczenia. Nie dajcie się zwieść tym, którzy chcą was zamknąć w świecie pozbawionym duchowej wolności, którzy chcą utrzymać w was iluzyjny stan degradacji, by w ten sposób poprzez konflikt sumienia przejąć nad wami kontrolę. To świat wolnych istot, a wolność wewnętrzną i zewnętrzną dał wam osobiście Tata. Po prostu zrzućcie te niewidoczne kajdany i idźcie drogą szczęścia. Tylko nie zapominajcie być coraz lepszymi istotami. To wystarczy.
3. Pokochanie innych
Tym razem zacząłem kombinować, jak przechytrzyć Górę i wszystko przyspieszyć. Oczywiście zbożność intencji usprawiedliwiała takie przemyślenia i żadnych wyrzutów sumienia nie miałem. Wszystko wydało się stosowne, bo przecież służyło wspólnej sprawie.
Gdzie jest największy wodospad miłości? Oczywiście w namiętności. Zanurkowałem w przeszłość i rozsmakowałem się w modlitwie. Wyciągnąłem cały bagaż doświadczeń i ochoczo wszystko analizowałem. Była Zosia z Ewą, pierwsze miłości w podstawówce, potem Krysia, Aldona, znów Krysia, Dagmara i inne porywy uczuć z liceum, i oczywiście studenckie długie chwile zapomnienia z kolejnymi sympatiami.
Tak dzielnie odtwarzałem związki z nimi, tak się przyłożyłem do zadania, że zapomniałem nawet sprawdzać efekty tych modlitewnych reminiscencji, więc kiedy w ruch poszło wahadełko, stanąłem jak wryty: druzgocąco mierny efekt — 18 procent…
Czegoś nie łapałem… Ale Opiekun szczerze się uśmiechał, wyrażając tym samym aprobatę dla mojego nostalgicznego romantyzmu. Nie było żadnej ironii, żadnej afektacji, ale… wyczułem smak zabawy. Aprobował moje doświadczenie nie dlatego, że o jakiś kawałek pchnęło mnie do przodu, ale dlatego że przywołałem z przeszłości radość.
Dobra: skończyłem z flirtami. Rzuciłem na tapetę ojcowską miłość do dzieci. Nie uwierzycie, ale samo ich przytulenie, sama rozmowa z pokrywami (kopiami energetycznymi ich dusz) dodała mi kolejne 20 procent. Jednak z całości mojego działania wynikało niezbicie, że muszę poważnie zweryfikować swoje pojmowanie kochania innych.
Wysiliłem szare komórki i jeszcze raz usłyszałem ruch skrzydeł schodzących i powróconych, którzy nikli w szarości tej planety. Odczułem całą swoją istotą związki z nimi i Tatą. Niemal rozsmakowałem się w jedności z całością wszechrzeczy. Tak doszedłem do 70 procent. Potem na wszystkie sposoby te same uczucia wzbudzałem do wszystkich ludzi na tej planecie, nawet tych, których nie znałem i którzy deptali Andy przed konkwistadorami. Lecz jak wahadło zamarło, tak niczym go ruszyć nie mogłem.
Moje rozumowanie poniosło sromotną porażkę.
Pewnego razu, gdy dojadałem obiad, a okno z kuchni wychodzi wprost na ulicę i dom mojego nieprzyjaciela: Kowalskiego, zauważyłem coś bardzo dziwnego: mimo środka lata, mimo upałów, Kowalski szedł wolno ulicą ubrany w długi prochowiec. Ze zwisającymi rękami i zwieszoną głową wyglądał jak kupa nieszczęścia.
Był jeszcze jeden godny uwagi element, który kasował nawet niestosowne ubranie: spod prochowca wystawały pióra. Wiem, wiem… Na pewno każdy z was od razu pomyśli, że Kowalski znów komuś podprowadził gęś lub kaczkę i niczym zawodowy myśliwy z przytroczoną do pasa, a skrytą pod prochowcem zmierzał ku chałupie. Ale ja się na to nabrać nie dałem.
Spojrzałem do góry, w niebo poprzez sufit, i głośno westchnąwszy oddałem stwórcy cześć. Tata nie pił, stwarzając Kowalskiego. ON nie popełnił błędu. ON go ulepił z tego samego co mnie: z czystej duchowej materii! Nie dostrzegając tej prawidłowości, opóźniałem własną przemianę.
“Dobrze” — powiedziałem w duchu. — “Kowalski, kasuję negatywne o tobie mniemanie i postaram się ciebie pokochać”. Wiem, jaka jest różnica między namiętnością, a miłością. Namiętność to szaleństwo, to hormony, a miłość to stosowane uczucie zespolenia. I mną ta emocja owładnęła. Dlatego przyznając się do duchowej jedności z Kowalskim, nie mam na myśli erotycznej drapieżności, a pokrewieństwo dusz. Proszę więc na warsztatach nie spoglądać na mnie podejrzliwie.
Podszedłem do skali. Wziąłem wahadełko do ręki i pozwoliłem mu zatańczyć.
Wielokrotnie sprawdzałem wynik: 99 procent i ani ułamka więcej. Zaczarowanej granicy była gałka od szuflady po prostu nie przekraczała.
“Co u licha?” — spytałem sam siebie i poczłapałem do okna, chcąc jeszcze raz spojrzeć na chałupę Kowalskiego. Nie spodziewałem się, że ujrzę jego samego stojącego za rozpadającym się płotem ze ślepiami wbitymi wprost w moje okno. Scena była szokująca, a moją głowę zalał potok domysłów. “Czego on chce?” “A może on wie, że jest kluczem do mojego szczęścia? Ale dlaczego ja tego nie rozumiem?”
Rozdygotany, chciałem machnąć lewą ręką od prawa na bok, tak jak mam w zwyczaju kasować energie z przedmiotów, by zniknął cały świat wraz z Kowalskim, ale powstrzymała ją niewidzialna siła. I usłyszałem wydobywający się ze mnie głos: pozwól mu żyć…
Wiecie co, za mądry nie jestem, ale to była jedna z tych nielicznych chwil w moim życiu, gdy intelekt stanął na wysokości zadania i wszystko właściwie zinterpretował. Padłem na kolana i zacząłem Tatę przepraszać za to, że nie rozumiałem, za to, że nielubianym odmawiałem prawa do życia, by unikając skutków ich błędów zapewnić sobie luksus wygodnictwa… Samemu pisząc księgę grzechów, samemu korzystając z prawa do nauki, innych tego prawa pozbawiałem.
Podniosłem się na równe nogi i rzuciłem w stronę Kowalskiego błagalne “przepraszam”. Zgodziłem się współdzielić z nim tę planetę. Dostrzegłem jego prawo do doskonalenia się. A on skinął w podziękowaniu głową i ruszył w stronę drzwi. Po drodze zahaczył o czymś prochowcem i ten cały zsunął się z przygarbionej postaci. Dam głowę, że Kowalski nawet tego nie zauważył. Powłócząc nogami przekroczył próg domostwa i wyskubane skrzydła znikły w ciemnościach sieni. Nawet drzwi nie zamknął za sobą…
Tak więc pokochując mojego najgorszego wroga, dostrzegając jego prawo do karmicznej nauki, podniosłem poziom wibracji do dziewiątki w energii jedynej i stałem się świętym. Zaliczyłem pokochanie innych.
4. Wybaczenie innym
Pokombinowałem z nabytym już doświadczeniem. Znów odniosłem się do anielskich skrzydeł i wspólnej przy tym pracy. Na każdego popatrywałem nie z góry, ale z pozycji autsajdera, który obserwuje i ma nadzieję, że innym uda się wzrosnąć w duchu.
Doszedłem do 99 procent i stanąłem w miejscu. Anioł spojrzał na mnie jakoś podejrzanie, strzelił palcami i natychmiast zostałem teleportowany do przedszkola z czasów dziecięctwa. Byłem zaskoczony wyborem Opiekuna, bowiem tę lekcję naprawdę odrobiłem. Niemal wkodowałem w siebie prawdę o duchowym żłobku, o nauce, o prawie pojmowania prawdy w ogniu własnych występków. Czemu więc nastąpiła powtórka z rozrywki?
Stoję tedy w tych rajtuzach, tym razem świeżo ogolony i kieruję spojrzenie na wychowawczynię, by w rozgardiaszu dziecięcej zabawy po ruchu warg rozpoznać każde jej słowo. Nie chciałem nic uronić z przedszkolnej dydaktyki. Przecież już raz tu mnie uratowano. Uzmysłowiono prostą prawdę o ojcowskiej miłości i kościelnym czynieniu z człowieka duchowego potwora.
Pamiętacie, co słyszycie przekraczając próg kościoła? Że jesteście grzeszni. Potem całe życie człowiek wierzy święcie, że Tata popijam tworząc świat i zradzając go z siebie. Więc skoro z Ojca powstał duchowy odpad, będący Jego kopia, to by znaczyło, że trzeba stwórcę natychmiast wymienić.
Na osłodę wypada dodać, że po dwóch tysiącach lat swego istnienia nareszcie papież uznał kobietę za człowieka i przyznał jej pełnię praw duchowych. Do tej pory zajmowała ona oficjalnie, według Pisma, miejsca za psem, krową i paru jeszcze ważniejszymi stworzeniami. Z taką to wiarą, z taką to mistyfikacją zderza się każdy chrześcijanin. Tu nie obowiązują prawa duchowe, ale kościelne. A te urabiają człowieka od małego. Czynią zeń moralny odpad, który po usłyszeniu, że jest grzeszny, nadto bardzo ułomny, bo przecież przyjmując komunię nie wiedział, co to znaczy “nie będziesz pożądał żony bliźniego swego” - więc po tych stwierdzeniach do końca życia nie potrafił nikogo pokochać. Bo jest to niemożliwe bez wcześniejszego pokochania siebie samego, od czego ma się zacząć duchowo-energetyczne wzrastanie. Co tu się potem dziwić, że słysząc manipulacyjne reprymendy płynące z ambony, które zarzucają nam brak miłości do innych, musimy w duchu przyznać, że są celnie wstrzelone w naszą świadomość. Specjaliści od urabiania zapominają przy tym dodać, iż sami ów program umiejętnie wprowadzili. No, ale dajmy spokój tym dywagacjom. Wracamy do przedszkola. Ja i rajtuzki…
Oj, mocno zaskoczony widzę, że słowa są kierowane nie do mnie, ale do postaci stojącej po mojej prawej stronie, do… Kowalskiego. Pani wskazuje kałużę między jego nogami, potem mokre kalesonki i… — uwaga — nie krytykując, nic mu nie zarzucając, pyta spokojnie, czy Kowalski dobrze się czuje. Rozumiecie? Facet zasikał całą podłogę i nie został obsztorcowany! A niedowierzaniem przyglądałem się całej scenie, wysilałem jak mogłem wszystkie szare komórki, nim zrozumiałem wszystko od a do z.
I nagle ten obszczaniec ze spuszczoną głową i przygryzionym ze wstydem językiem wydał mi najbliższą osobą na świecie!
Pamiętacie słowa Jezusa, gdy mówił o tym, by nikogo nie oceniać ani weń nie rzucać kamieniami? Co miał wówczas na myśli? Że mamy darować winy, że może nie znamy o owej winie całej prawdy, że mamy może w ogóle przestać tracić czas na takie rozważania? Oj, w podtekstach było tego wiele.
Wiecie, kogo ja w Kowalskim ujrzałem. Chłopczyka, który nie przyszedł na świat z tęgą głową, nadto słabeusza moralnego, któremu można wszystko wmówić i go wykorzystać. Nadto zagubionego człowieka, którego tłukli rodzice, nienawidził dziadek, bo się nim szczycić nie mógł, faceta, co czasem schodził na złą drogę, by się ratować. A system jest takim, jak Kowalski, nie gwarantuje godnego życia.
Zastanawialiście się kiedyś, co by było z takimi ludźmi, gdyby znaleźli się na innej planecie, w innym systemie społecznym? Oni tam mogliby być najszczęśliwsi w świecie, mogli by być wzorcem cnót wszelakich, takim żywym awatarem. To system jest wrzodem, nie oni!
Już wiedziałem, czemu się ziszczał i w jego imieniu zrobiło mi się wstyd!
Nagle wszystko zniknęło, a ja — ani się zastanawiając, że zaliczyłem wybaczenie innym — pobiegłem do okna i zacząłem wypatrywać Kowalskiego. Rozpocząłem kolejny etap przemiany.
5. Współodczuwanie
Kowalskiego nie było. Zapewne siedział w domu i topił smutki w wódce, o ile jakimś sposobem zdobył na nią forsę.
Właściwie to mógł tam siedzieć do sądnego dnia. W mojej świadomości pojawiło się istnienie zwane “Kowalski”. Czy Kowalski był w domu, czy na Alasce lub na księżycu, nie miało to już żadnego znaczenia. On był. Po prostu był!
Przypomniały mi się wszystkie zasłyszane o nim wieści, te prawdziwe i te zmyślone. A to, że Kowalska wciąż kręci się koło chlewni Nowaka a z Kędzierskim nawet wpadła. A to, że córka Kowalskiego pracuje jako sprzątaczka w Hamburgu. Tyle że sprzątaczka nie przyjeżdża w odwiedziny mercedesem i nie nosi kusych kiecek czy butów po pas. A to, że syn już dwukrotnie był na odwyku. A to, że sam Kowalski to niedorajda życiowy etc.
Boże, złapałem się za głowę i dziękowałem światu, że mnie nikt do tej pory nie złamał, że jakimś cudem ominąłem takie pułapki losu, w jakie wpadł nieszczęsny Kowalski. Współczułem mu całym sercem.
Zważcie, że doszedłem do tego drogą rozumową, co znaczy, że ani samo serce, ani czysty umysł nie są środkiem wystarczającym do zaliczenia przemiany. Oba elementy w tej pracy SA niezbędne. Nie dziwcie się więc, że odcięcie człowieka od strumienia poprzez węzeł karmiczny, pozbawienie go tym samym rozwoju wszystkich rodzajów inteligencji, czyni zeń owcę prowadzoną na rzeź. Takimi ludźmi manipulują ciemne siły z dziecinną łatwością. Ignorancja i zatwardziałe serce to grób ludzkiej cywilizacji. Dlatego tak istotne jest podniesienie poziomu świadomości całej naszej rasy, co zapoczątkuje zmiana energetyki Ziemi poprzez utworzenie jednego czakramu i sprowadzenie jasnej Płaszczyzny, która zamknie dostęp do tego świata wielu siłom przeciwnym naszemu rozwojowi.
Współodczuwanie samo się we mnie rozgościło.
Chwyciłem za flaszkę i pobiegłem do Kowalskiego. Jeszcze nie wiedziałem, że rozpocząłem etap piąty.
6. Współtworzenie
Pół godziny stukałem w drzwi, nim Kowalski stanął w progu. Zbaraniał na mój widok, a zoczywszy butelkę w moim ręku machinalnie zasłonił się ręką. Nie wiedziałem, o co chodzi. A on łypie okiem to na mnie, to na szkło. Pojąłem po chwili. Gdy Kowalski dostrzegł w końcu, że butelka jest oryginalna, z nienaderwaną banderolą, że nikt tak cennego produktu nie rozwali na jego głowie, cofnął się w głąb sieni ze dwa kroki i przyjacielskim gestem zaprosił do środka. Pewnie sądził, że mam do niego jaki lewy interes i zamierzam omówić to przy kieliszku. Było to w sam raz na rękę.
Piliśmy dwa dni. Kowalska się gdzieś z tej okazji zawieruszyła, syn był w wariatkowie, więc mieliśmy sporo czasu na porównywanie naszych życiorysów. Powiem szczerze, że w ogóle nie rozumiałem, dlaczego Kowalski raz za razem ponosił klęskę. Padł mit o jego nieuctwie, bo pokazał ufajdane jakąś farbą świadectwo z technikum, prawo-jazdy też miał, tyle że dawno gdzieś zgubione, a na nowe jakoś nie miał kasy, w ciupie też nie siedział, tyle że raz był tymczasowo aresztowany, ale w końcu znaleziono prawdziwego złodzieja, nawet kur nie kradł, tylko dorabiał u Bodnara na czarno i korzystniej było odbierać zapłatę w naturze. Tyle tylko, że Kowalski nie miał smykałki do interesów i silnej woli. Był zwyczajnym niedorajdą.
Gdy trzeźwiałem, przemyśliwałem nad pomocą. Kombinowałem, jak go wesprzeć, by stanął na nogi, ale każdy mój pomysł palił na panewce. Kasy mu nie dam, bo przepije, interesu żadnego nie poprowadzi, bo nie nauczony. Jak zatrudnię faceta, nie podoła obowiązkom. Dam mu auto, by po towar jeździł, pewnikiem rozbije. Żaden z pomysłów nie nadawał się do realizacji.
Gdy tak ubolewałem nad całą sytuacją, mój anioł wyłonił się z nicości i polecił mi stanąć pod ścianą. Zdjąłem ręce śpiącego Kowalskiego z własnej szyi i uwaliłem się pod ścianą.
Pokój rozjaśniał, jakby kto kurek ze słońcem odkręcił. Wszędobylskie cienie zniknęły i ujrzałem przyczynę całego nieszczęścia: Kowalski tonął w negatywnych energiach, Spowijała go szara chmura, która nie przepuszczała negatywnych myśli na zewnątrz. Ten człowiek tonął w zwątpieniu, niepewności, braku wiary w siebie i czym tam jeszcze chcecie. Stracił wolę, a wraz z nią sens życia. Zawistne lub nieszczere myśli innych ludzi pochowały go w trumnie całkowitej niemocy. Zbytecznym był atak sił ciemności — Kowalskiego załatwiła nienawiść drugiego człowieka.
“Boże” — jęknąłem i jednym ruchem ręki skasowałem całe to energetyczne piekło. Ocean zła przepadł jak z bicza trzasł. I pomyśleć, że czasem wystarczy tak niewiele, by ktoś mógł słuchać pieśni o nadziei.
“Wyobraź sobie, że współtworzenie zaczyna się od zrozumienia, że szczęście tego świata tworzy harmonia ludzkich myśli — wyszeptał cichutko anioł, jakby bał się zbudzić pocharpującego mężczyznę. — I nie trzeba nic więcej”.
Pozwolę sobie nie komentować tego stwierdzenia ani nie zdradzać, kiedy i jak wróciłem do domu…
U Kowalskiego niewiele się zmieniło, ale wymieniam z nim ukłony, czasem uraczę krótką pogawędką czy pożyczę jakiego sprzętu z garażu. Taka sąsiedzka uczynność. Niby mało, ale widok pogwizdującego za płotem sąsiada potrafił mnie doprowadzić do łez…
7. Miłosierdzie
Powiem tak: cały pakiet pięciu gwiazdek przemiany od razu ustalił przepracowanie miłosierdzia na 60%. Radość znikła, gdy okazało się, że żadnymi znanymi mi sposobami nie potrafię podnieść już tej poprzeczki. Nic mi nie wychodziło. Totalne zawieszenie.
Bez wstydu, choć lekko zmieszany niepowodzeniem, poprosiłem Opiekuna o wsparcie. Widocznie tylko na to czekał, bo już następnego dnia wydarzyło się coś strasznego, coś, co na zawsze mnie zmieniło.
Gdzieś koło drugiej po południu zostałem zabrany do Głowicy, do kręgu Złotych Braci. Tym razem miast złotych postaci ujrzałem energię w formie złotego pierścienia, który opasywał podstawę Głowicy. Bijące z Iglicy światło bardzo szybko wprowadziło mnie w kataleptyczny stan. Utraciłem świadomość.
Gdy otworzyłem oczy, przeraziłem się nie na żarty. Leżałem na plecach w jasnogórskim kościele. Przechodzący koło mnie ludzie tak dziwnie krążyli, iż przez nikogo nie zostałem nadepnięty. Jednak nikt nie pokwapił się zapytać, czy potrzebuję pomocy. Jakby mnie nie zauważali.
Gorączkowo dumałem nad tym, jakim sposobem się tu znalazłem, jak to się stało, że nie pamiętam przybycia. Bałem się ruszyć, bo do głowy mi przyszło, że straciłem przytomność i padając, rozbiłem sobie głowę. To tłumaczyło stan amnezji i ostrzegało zarazem przed niefrasobliwym zachowaniem. A co, jeśli czaszka pękła i nieostrożny ruch zakończy się kolejną utratą świadomości lub jakimiś powikłaniami? Wolałem już trwać w tej pozycji i czekać, aż ktoś się nade mną zlituje. Chyba że już ściągają pomoc (?)
Czułem się jak główny bohater “Gladiatora”, który po śmierci płynie nad płytą areny, by wkrótce połączyć się z zamordowaną przez cezara ukochaną. Scena pasowała jak ulał. Niczego w niej nie brakowało.
Lecz to nie mój stan zaczął mnie niepokoić, ale to, co coraz wyraźniej docierało do moich uszu. Albo umarłem, albo ktoś uruchomił we mnie zdolności telepatyczne. Słyszałem bowiem myśli każdego przechodzącego obok mnie człowieka. Mało tego: poznawałem historię jego życia, ten fragment przeszłości, który był bezpośrednio związany z jego przybyciem po wsparcie Matki Boskiej.
I tu zaczęło się prawdziwe piekło. Tutaj zrozumiałem, iż nie jestem żadnym wcale złym człowiekiem, że to, co się działo w mojej głowie, było niczym wobec tego, co dręczyło tych ludzi. Słyszałem tak okropne rzeczy, że poważnie pomyślałem o ukrytej kamerze. Te świętoszkowate na pokaz osoby, te zginające się na kolanach postacie stanowiły jaskrawe zaprzeczenie wszystkiego tego, co od lat budowało się w moim sercu. Ci złożeni chorobą ludzie, Te wykrzywione grymasem nieszczęścia twarze, te uginające się pod brzemieniem życiowej porażki twory snuły tak okropne wizje własnej i innych przyszłości, iż skamieniałem z przerażenia. W obliczu Bożego Majestatu niemal żaden z nich nie wahał się bluźnić, szydzić, nienawidzić i snuć intryg. Ugrzęźnięci w chorych wizjach wydawali się gorsi od demonów. A może to byli przebierańcy?
Ubolewali tylko nad sobą, prosili o łaski tylko dla siebie, a wszystko po to, by zaraz — jak się uda podnieść z choroby lub ustawić w życiu — pokazać innym swoją wyższość, zdominować, zniszczyć, spalić w ogniu ich potęgi!
Umierający na raka mężczyzna, któremu towarzyszyła żona i dwójka jego własnych dzieci, miast myśleć o dobru rodziny, żywił pretensje do Boga za to, że jego wspólnikowi dał więcej niż jemu. A w tym całym przybyciu, w tej zanoszonej pod ołtarz prośbie był żal, ukryta nienawiść do całego świata za to, że inni mieli więcej od niego. Ratował zdrowie, by dokopać wspólnikowi, który wcześniej rozdzielił firmę, niż ten go zdążył oskubać.
Żona płakała wyłącznie nad sobą, bo śmierć męża oznaczała dla niej koniec luksusu. Dzieci pragnęły wyłącznie kasy i pod tym kątem aprobowały wyzdrowienie ojca.
Jakaś kobieta modliła się żarliwie o to, by wróciła jej własna córka, którą psychicznie wykańczała całymi latami. Gdy ta odeszła, gdy została sama, nie potrafiła nieść tego, że córka postawiła na swoim. Tu nie było ani wspomnienia o miłości, tylko chęć odwetu za to, że ktoś uciekł spod jej tyranii.
Jakaś młoda kobieta modliła się o to, by jej mąż pomarł jak najszybciej. Chore. Motywacja: bo ją stłukł, gdy dowiedział się o zdradzie, bo przestał ją nadmiernie sponsorować. A ona szukała wolności, niezależności, koleżanek i zabawy. Po co było brać ślub?
Inny błagał o powrót narzeczonej, w wyrafinowany sposób przekonywał Boga, że tym razem będzie dla niej lepszy. W rzeczywistości knuł takie upodlenie będącej z nim w ciąży kobiety, że nauki pewnie pobierał od samego Lucyfera.
Od święta, powiadam od święta trafiał się ktoś normalny. Gdy poznawałem jego myśli, to gotów byłem skoczyć na równe nogi i całować go po rękach!
Nie wiem, jak długo trwał ten koszmar. Sądziłem, że dobre trzy godziny. Kruszałem w ogniu nieprawości, zwyrodnialstwa, pasożytnictwa i obłudy. Konałem od tego. Umierałem kawałek po kawałku. Wyrywałem się w sobie, jak tylko mogłem, by przerwać ten teatr. Błagałem Boga o wyrozumiałość, o zaprzestanie, o poniechanie widowiska, bo całym sobą czułem, że tego dłużej nie wytrzymam.
W końcu zacząłem krzyczeć na całe gardło, ale znów zagłuszyło mnie ludzkie zło. Umierając, wykrzyczałem jęcząco, bo już nie mailem więcej sił na stawianie oporu, że nie spocznę, dopóki nie uwolnię tego świata, tych ludzi od mechanizmów, które ich upodliły, przekształcając w mściwe i zagubione w ignoranctwie zwierzęta. Wyłem do Boga, prosząc, by obdarzył mnie mocą stworzenia NOWEGO, które zniszczy całe zakłamanie tego świata, dając ludziom sposobność do uratowania własnej duszy!
Z modlitwy wyszedłem chwilę później.
Wiedziałem, co się stało, ale tego dnia nie zamierzałem już nic na skalach sprawdzać…
W tym czasie wskazówki zegara przesunęły się na tarczy o nieco ponad pół godziny.
Podsumowanie…
To całkowity i jedyny system duchowego wzrostu. Gdy uda się wam przekroczyć opisane granice, wraz z miłosierdziem uzyskacie poziom uświęconego, moc, którą miał Jezus w chwili przyjmowania chrztu. Od tamtej pory zacznie się wasze prawdziwe życie. Ale już osiągając stały poziom duchowy na 13 w energii jedynej, czyli stan po przerobieniu współtworzenia, przerywacie nieodwołalnie łańcuch karmicznych powrotów. Czy uda się to w tym, czy przyszłym życiu, zależy tylko od was. Moim zdaniem, nie warto zwlekać.
Proszę pamiętać jeszcze o jednym: przepracowanie tylko jednego z działów niewiele zmieni. Do uruchomienia energii potrzebujecie całości. Ani modna dziś technika wybaczania, ani cokolwiek innego, w oderwaniu od pozostałych elementów przemiany nie zakończy się sukcesem. Daremny wasz trud, niepowetowana strata czasu i pieniędzy. Chyba że spotykacie się w miłym towarzystwie, co zmienia postać rzeczy.
Opisane tu elementy, stanowiące trzon rozpamiętywania wczorajszego dnia, przerabia się w czasie modlitwy od dołu, to znaczy uwagę poświęca temu elementowi, który od najniższego wibracyjnie począwszy nie został zaliczony. Zdanie testu oznacza przejście do następnego poziomu.
Na rozpamiętywanie wczorajszego dnia wystarczy poświęcić kilka minut. Więcej nie trzeba, choć skądinąd wiadomo, iż praktyka czyni mistrza, w czym intensywność ćwiczeń ma niewątpliwe swój udział.
Potem wskakujemy do modułu “planowania jutrzejszego dnia”, by prosić anioła o wsparcie w utrzymaniu nici w tych działaniach, na których nam najbardziej zależy.
System oddechowy, czyli ładowanie akumulatora naszej stacji nadawczej, potem rozpamiętywanie wczorajszego dnia, czyli wysunięcie anteny, miało nas doprowadzić właśnie do tego momentu, kiedy to zadowolony z naszych wysiłków Opiekun zechce nas wesprzeć w tworzeniu układnej przyszłości.
Trzeci segment duchowego modułu modlitwy nazywa się “świątynią serca”.
Nagrania
Pliki audio nagrane podczas warsztatów autorskich, a dotyczące każdego z wymienionych punktów, są dostępne w plikach do pobrania. Nie zastępują jednak one w niczym powyższego tekstu, a są raczej obopólnym uzupełnieniem. Mając służyć jako pomoc w procesie wzrastania.
Proszę tez pamiętać, ze wszystkie siedem (7) plików tworzy całość, zarówno tematyczna, jak i pod kątem dźwiękowym.
Menu działu
- Strona główna
- O autorze
- Wiedza
- Pliki do pobrania
- Jak uzyskać moją pomoc?
- Społeczność
- Pytania i odpowiedzi
- Księga wzrastających